Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prywatne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prywatne. Pokaż wszystkie posty

środa, 24 sierpnia 2016

Zemsta Windowsa, przeprosiny i Joan Miró dla wnuka.

Witam serdecznie.

Na początek przeprosiny dla Was wszystkich, którzy mnie odwiedzają.  Zamilkłam na dość długo, bez uprzedzenia, ale były ku temu powody; już się tłumaczę.

Pamiętacie z poprzedniego posta, jak pisałam o problemach z kompem i systemem. Wróciłam z nowej wersji 10-tki na 8-kę i według zapewnień miało się to odbyć bezboleśnie. Niestety tak się nie stało; znając siebie i swoje możliwości, nie chciałam nic grzebać w ustawieniach kompa, ale chęć korzystania z dobrodziejstw internetu wzięła górę. Tak sobie nagmatwałam, że praktycznie nic nie widziałam na monitorze, a jeśli już to jakieś plamy bliżej nieokreślone. Bałam się otwierać laptop, nie wiedząc co mnie znowu spotka. Próbowałyśmy z córką przeróżnych kombinacji i było jeszcze gorzej, aż dałam sobie czas na ochłonięcie, by przemyśleć co robię źle. Odświeżenie komputera spowodowało usunięcie wielu programów, z których korzystałam, a bez nich to jak bez ręki w blogowym świecie
. Uciekłam w haftowanie by się wyciszyć, to jedyny plus, z którego skorzysta mój wnuczek Oliver, bo szybciej skończę zaczęty jakiś czas temu obrazek. Oczywiście, małe hafciki na zabawy blogowe też powstawały, ale na razie czekają na stosowne zastosowanie, więc ich nie pokażę. Próbowałam ściągnąć darmową wersję Picasy, w której dotąd obrabiałam sobie fotki i tu zonk, nie udało się. Dzisiaj przez przypadek szukając starszych wersji tego programu, doczytałam, że go wycofują, ale w zamian jest coś zbliżonego i po kliknięciu cała moja biblioteka jest, tylko muszę się nauczyć w niej poruszać, a to wiadomo wymaga znowu czasu. Zanim ja to wszystko przyswoję, zdążę osiwieć, bo takie nowości wcale mnie nie "kręcą". Jednak nie będę miała wyjścia.
Po błagalnym meilu do Oli  z bloga " Papierolki",która pospieszyła z pomocą,  udało nam się przywrócić widoczność, więc nie pozostało mi nic innego, jak wziąć się w garść i zasiąść do pisania.

Oleńko, jeśli to czytasz, jeszcze raz BARDZO CI DZIĘKUJĘ.  Taki matołek komputerowy, jak ja, nie powinien pchać się w coś, na czym się nie zna. Nauczkę dostałam, będę ostrożniejsza, zanim coś znowu popsuję, muszę najpierw zgłębić temat. Taki ze mnie "niszczy-psuj".

Czeka mnie sporo nauki nie hafciarskiej, ale jak mawiał były Prezydent L. Wałęsa: "Nie chcem, ale muszem", mimo, że za tym panem nie przepadam. Nie mam wyjścia.
Przestroga dla innych, nie zmieniajcie swoich sprawdzonych oprogramowań na waszych kompach, bo Microsoft i tak zrobi co będzie chciał, a wy na nowo będziecie się wszystkiego uczyć. Zemsta za rezygnację z nowego programu firmie się udała. Kosztowała mnie sporo nerwów, ale wyjdę z tego.

Teraz dla tych co mają wysokie ciśnienie, uwaga, będą grzyby. Pokażę tylko jedno zdjęcie z 22.08, bo nie chcę nikogo przyprawić o zawał serca.  Powiem tylko, że mój przedemeryt, niemal codziennie wraca z taką zawartością z lasu, bywa też, że jest tego dwa razy tyle, jak nie więcej. Prawdziwki, bo na nich jest urodzaj w tym roku .Trafiają się też podciecze/to te z ciemnymi kapeluszami/, gołąbki, a nawet rydze zaczęły się pokazywać.



Miało być jedno zdjęcie, ale nie mogę się powstrzymać i pokażę drugie, tym razem jest to szmaciak gałęzisty, inaczej siedzuń sosnowy, bardzo ciekawy okaz. Uprzedzam, że od 2014 r nie jest na liście chronionych grzybów, można je zbierać bez obaw o ewentualne ukaranie.



To by było tyle o grzybkach, teraz wspomniany wcześniej obrazek dla wnuka, w trakcie pracy.   Wyciszałam się kolorem ciemno zielonym i niebieskim, bo pozostałe były wyszyte w międzyczasie w poprzednich miesiącach. Nie próżnuję robótkowo, jak widać poniżej.


Niech Was nie przerażają te linie i cyfry pisane na kanwie, bo są zrobione piórem na naboje atramentowe i po skończeniu haftu spiorą się, co nie omieszkam udokumentować.  Przy takim dużym obrazku i do tego wyszywanym kolorami, jest to duże ułatwienie dla mnie. Nie wiem, kiedy go skończę, ale sporo już jest, więc chwilę to potrwa.
Taki sam haftowałam parę lat temu dla starszego wnuka Doriana, jest w pierwszych postach opublikowany, oczywiście skończony i oprawiony.

Bardzo dziękuję za wszystkie zachwyty i komentarze pod poprzednim postem, odnośnie Madonny z dzieciątkiem.

Teraz powinnam już częściej publikować, o ile znowu czegoś nie popsuję, więc życzcie mi wytrwałości.
Do następnego poczytania, baj, baj.

sobota, 7 maja 2016

Coś niby dla mnie, co powędrowało w świat.

Witam wieczorową porą.

W ostatnim poście nie było nic z haftu, więc dzisiaj zaprezentuję dwie prace, w tym jedną, która doczekała się dokończenia. Właśnie od niej zacznę, chociaż jeszcze nie została wręczona rodzicom małego chłopczyka, bardzo długo oczekiwanego. Pamiętacie, jak w lutowych kolorkach u Danusi, pokazałam Wam metryczkę z Tweetym, ale bez napisów. Maluszek ma już 3 tygodnie, więc i ja metryczkę skończyłam wyszywać. Została oprawiona przez moją synową, Joasię i za tydzień powędruje do szczęśliwych rodziców maleństwa.
Oto co na niej przybyło:


Przypomnę tylko, że haft był zrobiony z wzoru znalezionego w internecie, z pewnymi modyfikacjami dzióbka, na kanwie 20ct, koloru białego, muliną Ariadna w jedną nitkę, gdzie kolorki dobierałam sama. Teraz dodałam imię z datą urodzenia, w  kolorze niebieskim, bardzo wyraźnym, okolony backstichem z jasnoniebieskiej muliny, takiej delikatnej, jak i dane wagi i  wzrostu dziecka. Doszłam do wniosku, że to co najważniejsze w tej metryczce musi być bardziej wyeksponowane, a reszta nie powinna się tak " rzucać w oczy" i może być zrobiona na blado. Kto będzie chciał widzieć te dane, to sobie podejdzie bliziutko i doczyta. Po co dzieciaka stresować, takimi osobistymi danymi.  Biała rameczka dopełnia całość w swej delikatności. Mnie się podoba efekt końcowy, myślę, że obdarowani też się ucieszą z takiego prezentu.

Drugi hafcik powstał miesiąc temu.  Asia będąc u nas z wizytą zobaczyła gazetkę z tym wzorkiem i stwierdziła, że byłby w sam raz na prezent dla jej Mamy na Urodziny. Ja jako dobra teściowa, nie mogłam jej odmówić, zwłaszcza że ze "swatową" dogadujemy się dobrze i myślałam o prezencie dla niej. Połączyłam dwa w jedno i takim oto sposobem powstała sówka Wędrowniczka z " Igłą Malowane nr 2/2016, według projektu Ewy Palicy.
 Haft zwyczajowo na białej kanwie 20ct, mulina Ariadna w jedną nitkę, według zaproponowanej kolorystyki, która mimo wszystko ciut została zmieniona. Pomyliłam numerację ciemnobrązowej i czarnej muliny, a pruć już mi się nie chciało; efekt i tak osiągnęłam, bo backstiche zrobiłam właśnie nie czarną, ale bardzo ciemnobrązową nitką.  Ktoś, kto nie wie o tym, pomyśli że tak miało być. Tło jest niezahaftowane, stanowi go biała kanwa.
Kiedyś i dla siebie taki hafcik stworzę, na razie rozdaję w prezentach.)

 Rameczka i oprawa była w gestii synowej, a obdarowana solenizantka zadowolona, tak przynajmniej mi przekazano.  Tyle wiadomości Wam nawypisywałam a nie wiecie jeszcze, jak to wygląda, więc parę fotek z etapów powstawania, a na koniec wyrażę swoją opinię o konturach w tego typu projektach.






To było przed praniem, prasowaniem z uwidocznieniem wielkości przez załączoną ekierkę z podziałką, a wcześniej przez pilota od TV,  teraz będzie już oprawiony w rameczkę wybraną przez Asię.


Niestety, synowa zrobiła zdjęcie na ciemnym tle i ta rameczka trochę się w nie wtapia, ale widać, że niewielka zamiana kolorków czarnego z brązem, nie zepsuła ostatecznego efektu.

Backstiche w tego typu projektach są szalenie trudne do wykonania, bo projektanci rysują te kreseczki do druku w kolorach zlewających się z wzorkiem. Gdyby zastosowano inny kolor farby na te kreseczki, wówczas byłaby szansa na dokładniutkie ich przeniesienie na gotowy haft. Niestety tak się nie dzieje i większość z nas wyszywających te kreseczki stosuje tzw. " wolną amerykankę", na zasadzie, jakoś sobie ułatwię, nie zrobię według wzoru, bo nie jestem pewna czy trafię tam, gdzie one mają być. Tu ujmę, tam dołożę, ale jakoś będzie to wyglądało. I wygląda, bo musi, chociaż to nie to samo. Mam nadzieję, że hafciarki zgodzą się ze mną w tej kwestii. Obyśmy nie musiały tak się męczyć z tymi dodającymi uroku i wyrazu haftowi kreseczkami.
Zmogłam się i z obietnicy wywiązałam, teraz wracam dalej walczyć z igiełką na małych hafcikach, tym razem do karteczek u dziewczyn, a zaczęty nowy większy haft pójdzie na chwilkę w odstawkę.

Kochani, nie wiem kiedy znowu coś napiszę, bo w domu rozgardiasz remontowy. Będę się starała przynajmniej raz w tygodniu czymś Was uraczyć, tak żeby na blogu pajęczyny się nie pojawiły, więc do następnego poczytania, baj, baj.)

wtorek, 15 marca 2016

Wielka - mała wyprawa.


Tytuł chodził mi pogłowie od wczoraj, ale byłam zbyt zmęczona by cokolwiek napisać.
Dzisiaj natomiast komputer tak mi się zawieszał, że miałam ochotę walnąć nim o podłogę. Wywaliło mi Skypa, nie mogłam dodać komentarzy na ulubionych blogach, coś w tej sieci źle się dzieje.

Czego będzie dotyczył dzisiejszy wpis, to już zapewne niektóre stałe bywalczynie się domyślają. Iza z bloga tutaj, już opublikowała swoją relację z naszego spotkania, teraz moja wersja. Izuniu, nie martw się, nie napiszę nic złego, tylko to, co jest najszczerszą prawdą.

Większość z was kojarzy, że ja bardzo rzadko wychodzę z domu, a tym bardziej gdziekolwiek jeżdżę. Tak się  złożyło, że zaryzykowałam i przemogłam, by odwiedzić blogową koleżankę, a nawet, jak niektórzy się zorientowali po wpisach, kogoś więcej, moją wirtualną / teraz już realną, z krwi i kości/ córkę, bo tak się traktujemy z racji dzielącego nas wieku. A było to tak: rozmawiając przez Skypa, doszłyśmy do wniosku, że najprościej będzie, gdy to ja pierwsza odwiedzę Izę, bo mamy samochód i łatwiej będzie podróżować, niż autobusem. Dla mnie była to wielka wyprawa, chociaż dzieli nas około 60 km w jedną stronę. Pozostało jeszcze do tego pomysłu przekonać mojego męża, który nie znając Izy i jej męża, srożył się jak jeż. Gdy wreszcie sam zaproponował, że może ze mną pojechać, wyjazd trzeba było odłożyć z piątku / czekałam na przesyłkę od córki, ktoś musiał być w domu/ na poniedziałek. Może nawet lepiej, że tak wyszło, bo dzień okazał się pogodny, choć chłodny i po zapakowaniu prezentów do auta wyruszyliśmy w nieznane. Powitanie Iza zgotowała niczym dla angielskiej królowej. Większość czasu spędziłyśmy w kuchni, bo tam gospodyni przygotowywała dla nas jedzonko, multum jedzonka, a po nakarmieniu naszych mężów, usłyszeli : panom dziękujemy i zamknęłam za nimi drzwi, by nie słyszeć głośnej ich rozmowy z pokoju. Panowie zwiedzili też plac budowy nowego domu Izy i Jacka, a my w tym czasie będąc w kuchni mogłyśmy na spokojnie sobie porozmawiać i wymienić prezentami. Iza zdążyła już obfocić kosz, który jej psinka na swoje legowisko zaanektowała, ja "fury przydasi", niestety jeszcze nie , więc nie pokażę, ale gdy będę z nich coś robić, to wspomnę od kogo je mam.  Cały ten czas przegadałyśmy, jak matka z córką, o naszych robótkowych sprawach i nie tylko. Takiego udanego dnia nie miałam już dawno. Bardzo się cieszę, że zdecydowałam się na tę małą wyprawę.
 Iza i jej mąż to ciepli i przemili ludzie, tacy " z duszą na ramieniu, a sercem na dłoni", chcieli byśmy pobyli nieco dłużej.  Niestety w samochodzie czekał jeszcze na doręczenie pewien zakup dla mamy mojej synowej, więc trzeba było jechać, a i tak musieliśmy się wracać, bo moje okulary zostały w kuchni Izy na szafce kuchennej. To chyba znak, że często będziemy do siebie wracać. Korzystam z uprzejmości Izy i jej fotek, jakie zrobiłyśmy sobie razem, tylko ja ich nie obcinam i pokazuję nas w całym wydaniu, czyli z moimi i Izy rękami, tak jak rzeczywiście wyglądałyśmy do fotki. Nie mamy czego się wstydzić, każdy wygląda, jak wygląda a moje ręce zżarła choroba, nic na to nie poradzę, nie zamierzam tego ukrywać, mimo niespecjalnego ich wyglądu.  Kto ma słabe nerwy, niech nie patrzy, lub przymknie oko i zerknie tylko na twarze, nie na resztę sylwetek nas obu.

 
To jest to obcięte od dołu.
 
 
Tu już bez przycięcia. Iza wygląda super, wcale nie widać żeby była puszysta, jest po prostu sobą, tak jak i ja - wiekowa mama, babcia dla swoich wnucząt.
 
 
Tu już sama z rękami, jak mi było wygodnie na tej kanapie i patrząca przed siebie.
 
Nie było dziś nic o kartkach, ale i na nie przyjdzie czas, bo z zabaw trzeba się wywiązać terminowo.
 
Serdecznie witam nowe obserwatorki Gretę /Małgorzatę  Michnowicz/ z dalekiej Islandii, która ma stronkę na Facebooku  tu  i tworzy przepiękne kartki, oraz Monię Fioletową, którą też znacie z jej fajnych szydełkowych i nie tylko stworków. Dziewczyny czujcie się jak w domku i rozgoście  po swojemu.
 
Dużo pisaniny, ale czasem tak trzeba, by nabrać dystansu i pokazać się od innej strony, nie tylko rękodzielniczej.  I co Wy na taki osobisty post?
Zapraszam na kolejny post już wkrótce, do następnego poczytania, oglądania, baj, baj.